Wybory dobiegły końca. Nowym Prezydentem II Federacji Nordackiej zostanie Bolesław Kirianóo von Hohenburg i niezależnie od osobistych preferencji trzeba powiedzieć, że cała Nordata zdecydowała i ten wybór po prostu należy uszanować. Nie robię tajemnicy z tego, że nie należałem do zwolenników Bolesława, ale to w żaden sposób nie zmienia faktu, że wynik jest jasny i w pełni demokratyczny. Jedną z rzeczy, które naprawdę cenię w Nordacie, jest to, że nie brniemy jeszcze w chorą polaryzację, jaką można obserwować w Sarmacji. U nas da się rzeczywiście prowadzić normalną, spokojną i merytoryczną debatę co w mikronacjach wcale nie jest to standardem.
W związku z tym naturalnie rodzi się jedno pytanie: czy Waksman mógł wygrać, gdyby wszystko potoczyło się trochę inaczej? Moim zdaniem tak, bo dynamika jego kampanii na początku wcale nie wskazywała na jednostronną walkę. Mógł naprawdę zawalczyć z Bolesławem, ale sposób, w jaki prowadził samego siebie i swoją narrację, kompletnie mu to uniemożliwił. W pewnym momencie doszło do sytuacji, która była chyba głównym punktem zwrotnym całej kampanii czyli jego nagły wniosek o wycofanie się z wyborów. Nie mam do niego pretensji o to, że w ogóle spróbował, bo każdy ma swoje granice i powrót do mikronacyjnej polityki po dłuższej nieobecności jest dość trudny, jednak trzeba powiedzieć szczerze, że takie zachowanie pod sam koniec kampanii odbiera kandydatowi jakąkolwiek wiarygodność. Można być słabym organizacyjnie, można mieć niedopracowany program, można popełniać błędy, ale w momencie, w którym pojawia się wniosek o wycofanie się z wyborów to dla obywateli niezwykle mocny sygnał o braku determinacji i własnej stabilności.
W zasadzie cała dyskusja wokół wyborów obnażyła jeszcze jeden problem, o którym mówiłem i który nadal uważam za fundamentalny. Chodzi o kalkilizm i o to, że w obecnym kształcie jest on niestety strasznie przestarzały. I nie dlatego, że jest zły, oderwany od rzeczywistości czy ogólnie pozbawiony sensu. Problem polega na tym, że kalkilizm został stworzony w czasach, kiedy Nordata (a w zasadzie ZKRM) wyglądała zupełnie inaczej, kiedy miała inną skalę, inną strukturę i inną aktywność. Dziś kluczowym problemem naszego państwa nie jest wcale to, jaki ustrój mamy zapisany w konstytucji, tylko to, że brakuje ludzi, którzy chcą się angażować, działać, pisać i w ogóle cokolwiek budować. System polityczny w mikronacjach działa tylko wtedy, kiedy obywatele chcą w nim uczestniczyć. Dlatego też myślałem ostatnio o konieczności przemyślenia kalkilizmu na nowo. Uważam, że obywatele powinni być sercem całego systemu, a nie jedynie jego dodatkiem. Moim zdaniem to właśnie ich aktywność decyduje, czy państwo żyje, czy obumiera. Możemy mieć najlepszych liderów, najładniejsze instytucje, najbardziej wymyślne reformy, ale jeśli nie ma ludzi, którzy nadają temu sens, to cały system zaczyna gnić od środka. Właśnie dlatego uważałem, że kalkilizm powinien być oparty na stałym pobudzaniu obywateli do działania, na tworzeniu przestrzeni, w której czują, że ich głos naprawdę wpływa na bieg wydarzeń, a nie tylko pojawia się raz na kilka miesięcy przy okazji jakiegoś głosowania.
Dlatego też wybory tesame z siebie nie zmienią Nordaty. Nawet jeśli kampania byłaby perfekcyjna, nawet jeśli obaj kandydaci prowadziliby ją wzorowo, nawet jeśli wynik byłby maksymalnie wyrównany, to i tak bez konsekwentnej, codziennej pracy i bez faktycznej aktywności obywateli nic się tu nie ruszy. Problemem Nordaty nie jest to, kto został prezydentem, tylko to, że państwo potrzebuje ludzi, którzy chcą je rzeczywiście ciągnąć do przodu. Niestety tego dalej nam brakuje, mimo powrotu Waksmana, mimo całego zamieszania i mimo wyborów, które miały być wielkim politycznym przełomem. Prawdziwa zmiana nie przychodzi z impulsu, tylko z długotrwałego wysiłku ludzi, którzy wierzą w to, co robią. Jeśli tego nie będzie, to nawet najlepsze pomysły i najgłośniejsze kampanie pozostaną tylko fajnymi historiami, które nigdy nie weszły w życie.