Nordata od zawsze była dla mnie fenomenem, którego nie da się łatwo zaszufladkować we współczesnym mikroświecie. Podczas gdy inne mikronacje budują swoją potęgę na kolorowych, często wygenerowanych obrazkach i narracyjnym przepychu, II Federacja Nordacka zdaje się wierzyć w coś znacznie trwalszego. Spotkałem się z Prezydentem II Federacji Nordackiej, Panem Bolesławem Kirianóo von Hohenburgiem w momencie szczególnym, czyli tuż po wyborach, które z jednej strony potwierdziły jego silną pozycję, a z drugiej obnażyły demograficzną zadyszkę tego kraju.
Czy Nordata to wciąż żywa federacja, czy może już tylko doskonale zaprojektowana maszyna, która pracuje siłą rozpędu swoich twórców? Zapraszam do zapoznania się z rozmową o wolności i nadziei, która nie boi się trudnych pytań.
DR: Panie Prezydencie, wygrał Pan z miażdżącą przewagą, zdobywając 64% głosów. To silny mandat, ale spójrzmy prawdzie w oczy: czy nie ma Pan wrażenia, że ten ciężar staje się coraz trudniejszy do udźwignięcia, bo ubywa rąk, które mogłyby go nieść? Coraz głośniej mówi się o "mikronacyjnej zimie". Czy Nordata nie zaczyna przypominać pięknej makiety, w której coraz mniej jest prawdziwego życia?
BKvH: Szanowny Panie Redaktorze, Szanowni Państwo - Sziael, dziękuję za zaproszenie. Tak, nie ma co się oszukiwać: mój, czy lepszy jeszcze wynik mojego poprzednika mają taką samą lub mniejszą wartość niż o wiele mniejsze wyniki pierwszych prezydentów Federacji, właśnie dlatego, że zainteresowanie było większe i konkurencja była większa. Nie ma co się oszukiwać, ponieważ moja wygrana nijak ma się do mojej wartości, a związana była raczej z nie posiadaniem cech niepożądanych właściwych dla mojego kontrkandydata. Tak, nasza scena polityczna kurczy się? Niedobrze, ale nic niespodziewanego. Myślę, że mogę z dużą dozą pewnością uznać II Federację za mikronację nie tylko okrzepłą, ale również żywotną, to znaczy taką, która przeszła już parę okresów niżu i wyżu aktywnościowego i która nawet w kryzysie ma potencjał na odbudowę. Sytuacja zupełnie odwrotna panuje w większości mikronacji, zwłaszcza nowych, gdzie aktywność wyraża zasadniczo równia pochyła od założenia/reformy do upadku. U nas jest inaczej, my doświadczyliśmy już co najmniej dwa duże okresy wyżu, a ten drugi kończy się właśnie teraz. W dodatku mamy też jeden okres niżu i obecnie pewnie wchodzimy w kolejny. Czeka nas zapewne teraz parę miesiąców ciemnych, w których aktywność kogokolwiek spoza kręgu rządowego będzie minimalna. Zapewniam jednak, że i ten czas przeminie, a potem opozycja po raz enty będzie mogła wkroczyć w atmosferze ogólnego pobudzenia, by oskarżyć utrzymujący wcześniej II Federację Nordacką przy życiu Rząd o nieaktywność i obiecać kolejne głupotki.
DR: Wspomniał Pan o skupieniu aktywności wokół rządu. Czy to nie jest ciche przyznanie, że Nordata staje się bardziej projektem administracyjnym niż realną wspólnotą? Gdzie w tej wizji znajdzie miejsce ktoś, kto po prostu chce tu "być", a niekoniecznie piastować urząd ministra czy sędziego?
BKvH: Niekoniecznie. Establishment administracyjno-rządowy zawsze gdzieś tam sobie istnieje, bo inaczej reszta nie miałaby ani trochę imersji w ramach tej naszej gry w społeczeństwo. Gdy aktywność spada, ten krąg pozostaje jako warunek konieczny do przedłużenia istnienia II Federacji Nordackiej i staje się przy okazji bardziej widoczny. Premier mógł podjąć latem tego roku jakąś ważną decyzję, ale nie roztrząsano jej tak dokładnie, jak by to zrobiono dziś, bo wówczas jednocześnie trwał jakiś turniej Leszka, Ewunia obrażała, kogo popadnie na forum, a Nan Di uchwalało nowe symbole, oczywiście wszystko to tylko przykłady. Same możliwości pozapolityczne oczywiście u nas istnieją i to myślę, nawet w większym stopniu niż w wielu innych "dużych" mikronacyjnych społecznościach, czego dowiódł np. wspomniany już Leszek. Wszystko jest, tylko trzeba się wczuć w nasz klimat, stąd Nordata nie jest zapewne dla każdego.
DR: Ta hermetyczność bywa barierą. Jak wyważyć dbanie o tożsamość Federacji, by nie stała się ona barierą nie do przejścia dla nowych obywateli?
BKvH: Wszystko polega na utrzymaniu balansu między zachowaniem swojej tożsamości i niezmienianiem się pod perspektywą potencjalnego zysku w obywatelach a niedopuszczeniu do stworzenia toksycznej społeczności. Nordata zawsze była nieco hermetyczna, a jednak to tutaj wciąż powstają nowe standardy myślenia o mikronacjach i wciąż, choć na pewno rzadziej pojawiają się silne osobowości. Trzeba po prostu dbać o to, żeby ta ironiczno-pseudointelektualna przestrzeń nordaciarzy nie stała się jedynym, co widzi nowa osoba, wchodząc w realia II Federacji.
DR: Wywodzi się Pan ze środowiska konserwatywnego, które siłą rzeczy ceni porządek. Czy nie obawia się Pan, że dążenie do "Uczynienia Nordaty Wielką" doprowadzi do przeregulowania państwa? Czy mamy być "lepszą Sarmacją", czy może czymś zupełnie innym?
BKvH: Myślę, że sporo ludzi zwyczajnie pada ofiarą często powielanych w realu uprzedzeniach względem konserwatyzmu jako idei. Koalicja Konserwatywna dumnie prezentuje się jako partia konserwatywnych liberałów, która kładzie duży nacisk na wolność osobistą i regionalną oraz odciążanie władz centralnych, kiedy tylko to możliwe, także zarzuty o jakiś fetyszyzm prawny czy lekki autorytaryzm nie mogą mieć racji bytu. To samo potwierdza zresztą stan prawny II Federacji, który jest przecież kształtowany w zdecydowanej większości przez konserwatystów, a wiele osób słusznie wytyka jego luki i niedopracowania, bo nie był jedną wielką chorą wizją jakiegoś studenta prawa, tylko powstawał sporadycznie, stopniowo, a kolejne przepisy były pisane dosyć minimalistycznie i kiedy była na nie potrzeba. Powiem więcej, Koalicja niejednokrotnie sprzeciwiała się innym siłom dążącym do większej regulacji zasad funkcjonowania na Nordacie, podczas gdy my staliśmy na stanowisku względnego zaufania wobec obywateli i regulowania wielu zasad zwyczajną umową społeczną, której utrzymanie było w interesie większości Nordaciarzy. Nasz konserwatyzm to konserwatyzm na warunki Nordaty, czyli bardziej taki antyrewolucjonizm, to znaczy: sprzeciw wobec gwałtownych, nieprzetestowanych zmian i traktowania naszego społeczeństwa jako szczurów laboratoryjnych. Uważamy, że Nowa Wspaniała Nordata jest nie do pogodzenia z Nordatą Wolnościową, że tylko obywatel wolny od niesprawdzonych, zamordystycznych pomysłów jest obywatelem szczęśliwym. W istocie więc nasz konserwatyzm i liberalizm to jedna całość i żaden beton, a jedynie racjonalność. Nordata oczywiście nie ma być żadną "lepszą" Sarmacją i nie ma nawet do tego zadatków, pomijając oczywiście okazjonalne próby uczynienia naszej myśli prawnej bardziej sarmacką. Nasz kontynent zawsze będzie trochę bardziej chaotyczny i nieokreślony i być może pora to zaakceptować, zamiast próbować stać się kimś innym.
DR: Hermetyczność bywa mechanizmem selekcji, gdzie zostają ci najbardziej dopasowani. W warunkach kryzysu demograficznego selekcja łatwo przechodzi w samoograniczenie. Skąd Pan wie, że Nordata nie jest już w tym drugim etapie?
BKvH: Na pewno jest to ciężka rzecz do stwierdzenia i dana nacja tkwi gdzieś między tymi stanami. Osobiście stosuję taki test, że jeśli jeszcze jest komu narzekać, to nie jest aż tak źle, jak myślimy. Mówiąc jednak bardziej na poważnie, to trzeba po prostu dbać, żeby nowi mieli w ogóle szansę na sprawdzenie, czy Nordata jest dla nich. Gdy to zostanie zachowane, nasze szanse pozostaną niezerowe.
DR: Rozumiem, spoglądając na Pana kampanię, dużo mówi się o instytucjach, o NUI czy Kongresie. Gdzie w tym wszystkim jest "fun"? Inne mikronacje zbudowały swoją potęgę na narracji i zabawie. Czy Nordata nie stała się zbyt poważna? Czy po drodze nie zgubiliśmy radości z bycia tutaj?
BKvH: Zdecydowanie nie, Nordata to jedno z mniej poważnych państw, jakie znam. Nasz "fun" nie bierze się po prostu aż w takiej dużej części z samej narracji, co z trollowania, dyskutowania i brania udziału we wszelkiej maści eventach. Nie mówiłem o narracji w kampanii, bo uważam, że Rząd i w ogóle władze powinny być raczej nocnym stróżem czy zegarmistrzem, ustalającym ramy zabawy, a nie gamemasterem, który będzie dyktować warunki i cały czas popychać wątku fabularne do przodu. Od tego są regiony i wcale nie uważam, że w tej kwestii wykonaliśmy jako Nordaciarze oddolnie taką złą robotę. Wydaje mi się, że obiecanie zbudowania dwunastu dróg i czterdziestu szpitali w kampanii o realne stanowisko byłoby dosyć lekceważące.
DR: Jak w praktyce wygląda dziś ta "szansa" dla nowych? Czy to proces świadomy, czy raczej efekt trafienia na dobry moment?
BKvH: No cóż, z jednej strony mamy rzeczy tak techniczne i zdawałoby się nieistotne jak układ forum i opisy działów, jednak w ciągu ostatnich miesięcy poczyniliśmy w tej sprawie parę zmian i dzięki temu teraz miejmy nadzieję forum, jest bardziej intuicyjne, a większość ważnych działów posiada zwięzłe opisy. Wspaniałą inicjatywą byłaby tu z pewnością Szkoła Podstawowa nr 1, gdyby tylko ktoś chciał ją odwiedzać. Z drugiej strony myślę, że wiele osób nie dostrzega, jak bardzo przenoszenie wszelkich dyskusji na discorda i pozostawienie na forum obrazu Nordaty, którym raczej nikogo nie zachęcimy. Ja sam zdecydowanie jestem tu winny, choć również wydaje mi się, że w ostatnim czasie się to nieco poprawiło. Dobry moment na pewno tu pomaga, ale nie jest to z pewnością prawdziwy beton, no, chyba że tożsamościowy, że lepiej pójść do jakiejś ładnej i "wylizanej" mikronacji, ale wówczas to już rzecz poza naszą kontrolą.
DR: Stawia Pan mocno na integrację i NUI. Historia polskiego mikroświata pokazuje, że wielkie projekty często kończą się katastrofą, gdy brakuje ludzi. Czy budowanie NUI to wizjonerstwo, czy raczej pycha budowniczych Wieży Babel?
BKvH: Nie sądzę, żeby NUI była jakaś bardzo nadbudowana, co często było problemem nordackich projektów integracyjnych, czego przykładem może być, chociażby Unia Nordacka. Mamy Radę NUI, w której reprezentację mają państwa członkowskie i mamy personel NUI, który realizuje postanowienia Rady. Jeśli już, to powiedziałbym, że ta prostota jest odtrutką na niepotrzebne skomplikowanie wszystkich "łańcuchów dowodzenia" i odpowiedź na kryzys, który zaistniał bezpośrednio przed podpisaniem Traktatu o NUI, związanego z rozmyciem odpowiedzialności i dziwną strukturą administracji właśnie.
DR: Czy ta prostota rozwiązuje problem demograficzny? Co się dzieje z NUI, gdy w Radzie nie ma komu zasiadać?
BKvH: Czy rozwiązuje? Zapewne nie, ale też go nie pogarsza, co w naszej sytuacji nie jest taką oczywistością. Gdyby w Radzie NUI nie było komu zasiadać, to by znaczyło, że w państwach członkowskich mamy jakiś skrajną klęskę demograficzną, a wówczas obsadzanie ciała nadzorczego byłoby chyba naszym ostatnim problemem. Tak samo jest z każdym innym organem władzy, bo gdybyśmy mieli zbyt mało ludzi, by obsadzić Kongres, to całe państwo byłoby w paraliżu. Możemy usprawnić nasze systemy reagowania tak bardzo, jak chcemy, ale w którymś punkcie tej układanki nie mamy innej opcji jak jednej, czyli zawierzyć elementowi ludzkiemu.
DR: Niedawno chowaliśmy Prezydenta Harlina. Chce Pan przerwać pasmo pogrzebów. Czy Nordata nie staje się powoli takim mauzoleum dla weteranów? Jak można przekonać "świeżaka", że warto tu zostać, skoro większość newsów to pogrzeby, kryzysy sądowe i spory o traktaty?
BKvH: Sposobem na przerwanie pasma pogrzebów nie jest nieorganizowanie ich, ale ich zapobieganie. Zdecydowanie nie zgadzam się, że Nordata zbyt mocno nie celebruje przeszłości, gdyż wszystkie duże tematy obecnie sięgają w przyszłość, czasem niedaleką, jak kwestia NUI, a czasem naprawdę odległą, jak ogólne dążenie w kierunku ewentualnego przygotowania naszych systemów politycznych, technicznych oraz społecznych na gromadzenie wokół siebie coraz większej części w bardzo różnej w swej istocie aktywności. Dlatego, że jesteśmy dosyć przyszłościowi w naszym stylu działania, przynajmniej w porównaniu z "konkurencją". Nordacka tożsamość, jeśli czegoś potrzebuje to właśnie silniejszych akcentów historycznych ze strony władz, aby wyrównać nasz wrodzony deficyt, czyli brak przywiązania. Podczas gdy inne duże mikronacje mogą po prostu skupiać się na rozwoju, my czasem w sposób bardziej oczywisty, a czasem mniej prowadzimy wieczną walkę o utrzymanie Federacji Nordackiej, a teraz NUI w kupie, równoważąc sprzeczne interesy różnych grup i promując współpracę między nimi tak, by nasza siedziba kontynentalna nie stała się miejscem pola bitwy mocarstw, albo jakąś drugą Brodrią. Stąd też nawet symboliczne gesty w stronę Harlina, Ojców-Założycieli, IFN czy UTN i powiązanych z nią wydarzeń są, cóż, nie aż tak symboliczne, bo pomagają budować tą ciągle zagrożoną tożsamość pannordacką istniejącą obok tożsamości regionalnej. Te całe "poważne dyskusje" o kryzysach to część tej "weterańskiej" bańki Nordaciarzy. Są oczywiście potrzebne, bo definiują nas i właśnie pokazują "świeżakowi", czym różnimy się od w innym wypadku identycznej społeczności gdzieś za rogiem, ale, tak jak mówiłem, trzeba wymieszać je z okazjami do wdrożenia się dla nowych, a także znalezienia własnej niszy. Nie ma jednej, prostej proporcji dla tego wszystkiego.
DR: Czyli przyszłość jest ważniejsza, a mimo to kładzie Pan nacisk na gesty wobec zmarłych. Czy to nie paradoks?
BKvH: "Przyszłość bez przyszłości to golem, wydmuszka, ale przeszłość bez przyszłości to piekło", mawiał słynny kiriański mędrzec, Adrozi. Nie uważam tego za żaden paradoks, ale za równomierne zaspokajanie różnego rodzaju potrzeb w naszym społeczeństwie. Ów potencjalny nowy mieszkaniec widzi, że projekt, do którego przybył, nie jest "startupem", ma swoją przeszłość, markę, ale jego przyszłość zależy od takich jak on. W każdym innym przypadku, czyli w przypadku zaburzenia tej proporcji w którąś stronę nie utrzymamy rozwoju na dłuższą metę.
DR: No dobrze, przejdźmy do spraw bierzących. Pana rywal, Kaspar Waksman, zdobył 35% głosów mimo próby wycofania się przed wyborami. Czy to nie sygnał alarmowy o podziale narodu? Czy Nordata nie jest w tym momencie podzielona na dwa plemiona, które zamiast budować, tracą energię na wzajemne zwalczanie się? Jak scalić kraj, gdy opozycja milczy?
BKvH: Nie powiedziałbym, że obecnie mamy konkretnie podział na dwa plemiona na szczęście, gdyż w przeszłości, zwłaszcza za czasów rywalizacji KK-PD tak właśnie było. Próba wycofania się kolegi Waksmana miała miejsce bezpośrednio po mojej wymianie zdań z nim i przedstawienia moich argumentów przeciwko jego kandydaturze i była pewnie wynikiem jakiegoś rodzaju przebłysku, nawet jeśli w przypadku skuteczności takiego czynu nasza demokracja straciłaby. Jego 35% to zapewne w większości osoby, które nawet nie wiedziały o próbie rezygnacji, a przeczytały jego wcześniejsze mocne deklaracje, także nie doszukiwałbym się tutaj jakichś skrajnych przykładów idiokracji, w której wyborcy cynicznie głosują na tego, który wygrać wcale nie chce. Podobnie radzę wszystkim zachowywać dystans, jeśli chodzi o wyniki wyborcze, bo dwa ostatnie wybory prezydenckie dowiodły, że późniejsze nastroje mogą często stać z nimi w sprzeczności. Kto dziś pamięta, że Harlin w chwili wygranej miał prawie 90%, jeśli pod koniec kadencji był prawie powszechnie znielubiały? Tak samo jest ze mną, bo kto pamięta, że miałem "zaledwie" 2/3 głosów, skoro obecnie nieskromnie mówiąc, moja bytność na urzędzie prezydenckim cieszy się raczej powszechną akceptacją? Przeszliśmy już przez erę Prezydentów-Partyjniaków, będących przedłużeniem woli swojego stronnictwa politycznego, co nie było zawsze złą sytuacją, tylko po prostu inną i wchodzimy w erę, w której od głowy państwa jak nigdy dotąd oczekuje się jednoczenia społeczeństwa. To właśnie, być może nieudolnie, próbuję robić między innymi poprzez ostatnie powołanie dosyć koncyliacyjnego i typowo eksperckiego rządu Henryka Ziemiańskiego. Prezydent musi starać się być możliwie reprezentatywny dla całego państwa, biorąc jednak poprawkę na odwieczny i zdrowy dystans Nordaciarzy do przedstawicieli "systemu".
DR: Czy w ten sposób nie lekceważy się mniejszości?
BKvH: Robiąc cokolwiek "lekceważy" się jakieś głosy. Daj Jahwe, żeby tak podejmować decyzje, by zawsze niezaspokojona była mniejszość, a nie większość Nordaty.
DR: Jakie jest ryzyko, że "milcząca opozycja" stanie się siłą destabilizującą państwo?
BKvH: Niestety, ryzyko takie rzeczywiście istnieje, a wręcz mieliśmy tego przykłady, chociażby w przypadku poczynań Spikera-Seniora zeszłej kadencji. Ciężko u nas o opozycję dynamiczną, walczącą o swoją pozycję, niepoddającą się po jednej porażce, a łatwo o opozycję typu "piąta kolumna", czyli nieaktywność przez większość czasu, po czym agresywny atak na rządzących i próba wykorzystania każdego skrawka władzy, jaką im powierzono do opóźniania "tych drugich", którzy akurat są u władzy. Jest to z pewnością problem, ale nie sądzę, by był jednym z tych rozwiązywalnych. Ja też nie mogę zmusić Nordaciarzy do głosowania na lepszą, poważną opozycję, zwłaszcza gdy takiej nie ma, a z drugiej strony pomysł Rządu stymulującego ruchy antyrządowe celem wymuszenia pluralizmu są raczej śmieszne, choć w przeszłości były nawet podejmowane przez moje środowisko, zmęczone ciągłą odpowiedzialnością i brakiem racjonalnej alternatywy. Najbardziej znanym tego typu ekscesem była kolaboracja Harlina z kalkilistami, choć ta nie obróciła się najlepiej ani dla Harlina, ani dla kalkilistów, ani dla Federacji w ogóle.
DR: Jak zatem planuje Pan angażować opozycję?
BKvH: Nie planuję, a przynajmniej nie na siłę. Dla opozycji, tak jak dla tak naprawdę każdego czekają liczne miejsca w Rządzie, Kongresie czy Pałacu, trzeba jednak zdobyć się na to wybitne poświęcenie współistnienia z konserwatystami, co dla niektórych jest, jak widać zbyt wielką ceną. Nie wspominam już tu nawet o fakcie, że to opozycja powinna kombinować, jak tu się zaangażować w życie polityczne Federacji, tworzyć "antysystem", alternatywne ośrodki władzy społecznej, alternatywne autorytety, prasę itp. Jest tylko skończona liczba rzeczy, którą możemy zrobić z naszej strony, jeśli po drugiej w ogóle nie ma woli do tego.
DR: Na koniec, Panie Prezydencie, pytanie, które zadaje sobie chyba każdy, kto jest w mikroświecie dłużej niż rok. Dlaczego Panu się jeszcze chce? Czy wierzy Pan, że Nordata za rok będzie tętniącym życiem państwem, czy może po prostu, jak dobry kapitan, postanowił Pan zostać na mostku do samego końca, niezależnie od tego, dokąd ten statek płynie?
BKvH: Codziennie zdaję sobie to pytanie... Szczerze? Nie uważam, że właściwa jest tu tylko jedna odpowiedź, ani jeden powód. Tak, z jednej strony jestem tu z obowiązku za wspólnotę, po to, by w ostateczności powiedzieć sobie "zrobiłeś wszystko, co mogłeś", ale z drugiej strony nie wieszczę Nordacie jakiegoś upadku, a wręcz myślę, że będzie choć trochę lepiej niż teraz. Mam po prostu nadzieję, że dorobimy się nowej klasy politycznych "ofiarników", nim fizycznie nie będę w stanie dłużej tego wszystkiego ogarniać.
DR: Bardzo dziękuję Panie Prezydencie za możliwość rozmowy!
BKvH: To ja dziękuję!