Gdy ponad dwadzieścia lat temu na sarmackim forum pojawiały się pierwsze posty, mało kto mógł przypuszczać, że w roku 2026 będziemy tu przeprowadzać wywiady z byłymi królami, a na pewno z ludźmi, którzy dobrowolnie zeszli ze swoich tronów, by zacząć od nowa jako zwykli obywatele. Dzisiejszy gość jest właśnie takim przypadkiem, ponieważ zanim został Sarmatą, był twórcą i suwerenem trzech własnych mikronacji.
Zamiast budować kolejne państwo, Bolesław Krzyworęki zdecydował się wejść do największej polskiej mikronacji i spojrzeć na nią z perspektywy kogoś, kto wciąż odkrywa jej historię i mechanizmy działania od środka. Zaprosiłem go właśnie dlatego, że nie jest kolejnym "starym wyjadaczem", pamiętającym czasy sprzed Syriusza. Nie jest też efemerycznym entuzjastą, który po kilku dniach znika, ogłaszając, że mikronacje są zbyt skomplikowane. Bolesław Krzyworęki znajduje się gdzieś pomiędzy, ponieważ w mojej opinii jest to ktoś, kto świadomie zamienił pełnię swojej dawnej władzy na perspektywę zwykłego obywatela i, co najciekawsze, wciąż tej decyzji nie żałuje.
DR: Witam bardzo serdecznie Pana, oraz naszych czytelników. Jak wspomniałem już drogą prywatną szukałem kogoś takiego jak Pan, a szczególnie kogoś, kto nie jest przesiąknięty naszą mikronacyjną zgnilizną i patrzy na to wszystko jeszcze w miarę świeżym okiem. Wspominał już Pan, że zanim trafił Pan do Sarmacji to był Pan twórcą i królem trzech własnych mikronacji, w tym swojego ostatniego Królestwa Mazowieckiego. Nie sądzę żeby była to dość klasyczna droga do polskiego mikroświata, więc co sprawiło, że zdecydował Pan porzucić koronę we własnym państwie, by stać się w zasadzie "tylko" zwykłym obywatelem w cudzym imperium? Czy bycie trybikiem w dużej maszynie jest ciekawsze niż bycie architektem we własnej piaskownicy?
BK: Szanowny Panie Robingren, szanowni widzowie, kłaniam się Państwu serdecznie i dziękuje za zaproszenie na wywiad. Porzuciłem swoje królestwo z chęci spojrzenia na mikronacje od strony zwykłego mieszkańca, również obawiałem się rekrutacji obywateli i systemu informatycznego całej mikronacji. Uważam, że bycie zwykłym obywatelem może być ciekawsze od bycia twórcą własnej mikronacji. W zasadzie każda droga ma swoje plusy i minusy. Tworząc własną mikronację, od początku jej powstania jest się kimś "wielkim" z pełnią władzy, można wtedy decydować o fladze, herbie, jurysdykcji, ale ze względu, że już się jest najważniejszą osobą w państwie, nie ma satysfakcji ze zdobywania rozpoznawalności, a będąc obywatelem, trzeba tę popularność zdobyć, by ruszyć się z miejsca.
DR: Nawiązał Pan do obaw przed systemem informatycznym i rekrutacją. Sarmacja to jednak mimo wszystko poważna brama do polskich mikronacji, chodź ostatnimi czasy pozostaje trochę zardzewiała. Czy z perspektywy byłego ojca założyciela trzech własnych państw, widzi Pan w sarmackich strukturach coś, co nazwałby Pan właśnie tą wspomnianą przeze mnie "zgnilizną", czy może wręcz przeciwnie?
BK: Uważam, że ogólnie cały system informatyczny Księstwa Sarmacji działa spójnie i jest przejrzysty. Jednak jak każda mikronacja, Sarmacja nie jest czysta od błędów, ale tych błędów nie jest dużo. Równocześnie sądzę, że Sarmacja jest dobrze przygotowana na nowych mieszkańców, bowiem Instytut Edukacji Sarmackiej udostępnia poradnik dla najmłodszych Sarmatów, który pomaga się zaaklimatyzować. Na początku mojej przygody w Sarmacji poradnik ten uczył mnie rzeczy, z których do dziś korzystam.
DR: Cieszy mnie Pana optymizm. Muszę przyznać z pewną dozą nieskromności, że sam maczałem palce w jego aktualizacji, by nowi obywatele nie błądzili w nim jak w lesie. Skoro jednak wywołaliśmy temat tego podręcznika, to muszę dopytać o praktykę. Czy droga do samego poradnika była dla Pana intuicyjna, czy może jednak musiał się Pan przedzierać przez gąszcz sarmackich zakamarków, by go w ogóle odnaleźć? W dodatku czy w tej sarmackiej machinie, którą nazywa Pan spójną, nie brakuje Panu czasem tego ludzkiego błędu lub większej swobody, którą miał Pan w Królestwie Mazowieckim, a której żaden poradnik, nawet ten przeze mnie szlifowany, nie jest w stanie opisać?
BK: Sądzę, że dostęp do podręcznika jest prosty, bowiem znajduje się w głównej zakładce strony Księstwa Sarmacji. Jeśli chodzi o Królestwo Mazowieckie, chciałbym podkreślić, że jeszcze nie posiadało systemu informatycznego. To były początki, gdzie dopiero formalizowałem władzę czy walutę. Z powodu porzucenia korony na rzecz Księstwa Sarmacji, nie zdążyłem nawet wydać dekretu ustanawiającego oficjalny herb Królestwa Mazowieckiego mimo, że już go zaprojektowałem. Więc nie mam w takim przypadku możliwości porównania Królestwa Mazowieckiego do Księstwa Sarmacji.
DR: No dobrze, cieszy mnie to tym bardziej, ponieważ ja osobiście od dawna walczę o to, by maksymalnie uprościć wejście do mikronacji dla nowych i jak najmłodszych mikronautów. No właśnie, a jak wyglądało u Pana zderzenie z tą sarmacką rzeczywistością? Czy proces "wdrożenia się" w sarmacki klimat społeczno-polityczny był dla Pana intuicyjny, czy czuł się Pan, jakby trzeba było najpierw rozszyfrować tabliczki klinowe z Ur, żeby w ogóle zrozumieć, co tu się tak naprawdę dzieje?
BK: Proces wejścia w realia sarmackie nie był trudny. Z pewnością jednym z czynników tego jest uprzejma społeczność, która zachowuje kulturę, nie obrażając innych. W jednym z moich artykułów pojawił się komentarz autorstwa JKW Fatimy Popow-Chojnackiej oferujący pomoc w aklimatyzacji. W tej chwili akurat nie potrzebowałem pomocy, więc podziękowałem, ale na pewno zapamiętam ten gest wobec nowych Sarmatów jako symbol gościnności i uprzejmości Sarmatów. Jeśli chodzi o "wdrożenie się" w klimat polityczny, w Dzienniku Praw mogę analizować i oceniać ustawy w swoich artykułach, które piszę od pierwszych dni w Księstwie Sarmacji.
DR: To, co Pan mówi o JKW Fatimie i kulturze dyskusji, wystawia Sarmacji piękne świadectwo, ale jako stary wyga muszę zapytać o drugą stronę tego medalu. Skoro system jest tak przejrzysty, a ludzie tak gościnni, to czy nie ma Pan wrażenia, że trafił Pan do jakiejś "złotej klatki" Analizowanie ustaw w Dzienniku Praw to jedno, ale realne wpływanie na bieg spraw to drugie. Czy ta wszechobecna uprzejmość i pomocna dłoń wyciągnięta do nowego obywatela nie sprawiają, że trudniej jest Panu rzucić wyzwanie sarmackiemu establishmentowi?
BK: Nie, nie odnoszę takiego wrażenia. Łatwiej jest wejść w realia mikronacyjne z kulturalną i uprzejmą społecznością chętną do pomocy. Lecz jest takie przysłowie "co za dużo, to nie zdrowo", sprawdza się ono zarówno w życiu, jak i w realiach mikronacyjnych. Nowy obywatel nie może być bezustannie komplementowany, ważna też jest kulturalna krytyka pomagająca zrozumieć błąd i zobaczyć perspektywę krytykującego.
DR: Faktycznie mimo wszystko przesyt cukru prowadzi do mdłości, a w niektórych przypadkach nawet do cukrzycy. Skoro sam Pan wywołał temat konstruktywnej krytyki jako niezbędnego elementu rozwoju, to przejdźmy od teorii do praktyki. Pan jako twórca własnych państw i osoba, która nie boi się już teraz analizować sarmackiego prawa, na pewno dostrzega miejsca, gdzie ta sarmacka maszyna mimo nieustannych starań przy jej "naoliwianiu" po prostu zgrzyta. Co w takim razie, poddałby Pan tej wspomnianej "kulturalnej krytyce" w pierwszej kolejności?
BK: Poddałbym kulturalnej krytyce materiały ćwiczeniowe Książęcych Sił Zbrojnych. Może nie jest to problemem dla zwykłych obywateli, ale z pewnością jest to problemem dla rekrutów KSZ, do których należę. Chodzi o problem z niektórymi linkami podanymi w materiałach ćwiczeniowych, bowiem próba wejścia w je skutkuje błędem. Linki prowadzą do ważnych materiałów np. protokołu wojskowego, który jest niezbędny do zdania egzaminu unitarnego, do którego się przymierzam.
DR: Starzy wyjadacze pewnie by to po prostu przeskoczyli, no ale nowy mieszkaniec ma niestety ograniczone pole manewru i może poczuć się po prostu olany. No ale skoro już jesteśmy przy temacie wojska... Zamienił Pan królewski tron w Królestwie Mazowieckim na koszary, regulaminy i kucie protokołu do egzaminu w KSZ. Czy to chęć udowodnienia sobie czegoś w twardej sarmackiej hierarchii? Czy nie boi się Pan, że ta "mikronacyjna zgnilizna", o której wspominałem na początku, najszybciej dopadnie Pana właśnie w armii? Wojsko w mikroświecie to przecież zazwyczaj najbardziej skostniałe i odporne na zmiany miejsce.
BK: Rozumiem Pana punkt widzenia, pragnę po prostu podkreślić, że taki niepozornie mały błąd, może utrudniać przyszłym żołnierzom zdanie egzaminu. Wracając do pytań, postanowiłem wejść w szeregi Książęcych Sił Zbrojnych z chęci służenia mojej drugiej ojczyźnie. Dołączając, nie myślałem o udowadnianiu sobie czegoś. Moment dołączenia do KSZ był początkiem mojego głębszego zainteresowania wojskiem. W kwestii "mikronacyjnej zgnilizny", nie mam na ten temat do końca zdania, ale wiem, że prędzej czy później będę musiał się z nią zmierzyć.
DR: No tak jednak służba to służba. Jednak to co Pan mówi o "szukaniu swojego miejsca", prowadzi mnie do nieco szerszego tematu. Od dawna głośno mówię o tym, że nasze mikronacje cierpią na brak "grywalności". Często kończymy na samym pisaniu postów, podczas gdy wielu z nas brakuje twardych mechanik, takich, które dają namacalne efekty, jak w prawdziwych grach. Widzę, że jest Pan w miarę aktywny od wątków militarnych po zabawy liczbowe. Czego więc Pan tak naprawdę szuka w tym naszym mikroświecie? Wystarcza Panu sama narracja i wyobraźnia, czy może brakuje Panu systemów, w których mógłby Pan realnie coś "zbudować", coś "zarobić" i zobaczyć efekt w twardych cyferkach, a nie tylko w uprzejmych komentarzach?
BK: Moim zdaniem sama narracja nie wystarcza, właściwie nie wiele by zmieniło jej zlikwidowanie. Interesuję się polityką, więc największą przyjemność w mikronacjach sprawia mi działalność polityczna taka jak sprawowanie władzy, publicystyka polityczna i tym podobne. Jednocześnie sądzę, że gdyby nie było systemu gospodarki Syriusz, gier, uroczystości, system byłby zwyczajnie marny, bo w końcu życie nie polega tylko na przeglądaniu prawniczych papierków. Odpowiadając na pytanie, uważam, że Sarmacja ma rozwinięty system, od którego na ten moment nie wymagam niczego więcej.
DR: Ciekawa diagnoza. Mówi Pan, że sama narracja to za mało i właściwie niewiele by zmieniło jej zlikwidowanie, prawdę mówiąc jest to dość odważna teza w świecie, który przecież na narracji stoi. Zaskoczył mnie Pan też stwierdzeniem, że od systemu Syriusza nie wymaga Pan niczego więcej, bo zdecydowana większość mikronautów to wieczni malkontenci, którym wiecznie brakuje nowych "ficzerów". Zostawmy jednak na chwilę sarmackie podwórko. Jako człowiek, który powoływał do życia własne państwa i patrzył, jak one upadają lub trwają, proszę mi powiedzieć: po co my to właściwie robimy? Skoro polityka w mikroświecie to często jak Pan wspomniał "przeglądanie papierków", a gospodarka to tylko cyferki w bazie danych, to co jest tym "narkotykiem", który sprawia, że po zamknięciu trzech własnych projektów, zamiast dać sobie spokój, loguje się Pan w nowym miejscu i znów chce Pan służyć, pisać i działać? Czym dla Pana jest ten mityczny "sukces" w mikronacjach, skoro nie jest nim już nawet korona na własnej głowie?
BK: Tworzymy mikronacje najczęściej z chęci stworzenia czegoś swojego, jedynego w swoim rodzaju. Jak wspomniałem wcześniej, gdy jest się suwerenem własnego państwa, można decydować o wszystkich jego aspektach, można wyrażać siebie. Dla wielu ludzi mikronacje to jest polityczna "piaskownica", gdzie mogą tworzyć własne prawo, sprawdzać "a co gdyby...". Wspomnianym przez Pana "narkotykiem" jest dla mnie chęć należenia do czegoś większego a również chęć rozwoju swojej pasji - polityki.
DR: Czy to "wyrażanie siebie" w sarmackim tłumie nie jest przypadkiem znacznie trudniejsze i bardziej frustrujące niż bycie królem we własnym państwie? Nie boi się Pan, że w tym "czymś większym" Pański głos po prostu zginie, a pasja do polityki utonie w sarmackim formalizmie, który mimo starań wielu ludzi nadal przemielić nawet najbardziej ambitnych?
BK: W Sarmacji da się wyrażać siebie, ale nie w taki sposób jak we własnym państwie. Można tworzyć własne instytucje, posiadać swój herb szlachecki, oczywiście będąc szlachcicem, nie zwykłym obywatelem, pisać artykuły i tym podobne. To też są pewne sposoby wyrażania siebie. Nie jest to jednak ta sama swoboda bycia wspomnianym przez Pana "architektem we własnej piaskownicy". Pozwolę sobie wrócić do pytania. Nie obawiam się zbyt takiego scenariusza. Ważne jest to, aby utrzymywać stałą aktywność, by ludzie nie zapomnieli danej osoby.
DR: Utrzymywanie aktywności to oczywiście podstawa, ale muszę Panu powiedzieć z perspektywy kogoś, kto na sarmackich mechanizmach zjadł zęby: na dłuższą metę sama obecność to za mało. To nie jest żadna nowość, bo widziałem wielu aktywnych, którzy znikali, bo samo "miejsce", w którym się pokazywali, przestawało im wystarczać. Z resztą ja zawsze uważałem, że przyszłość polskich mikronacji leży w wyjściu z ręką do ludzi, którzy o nas jeszcze nie wiedzą, a którzy często gęsto nie mają ochoty siedzieć na klasycznych forach. Pan jest przedstawicielem tej nowej fali. Czy Pana zdaniem polskie mikronacje powinny kurczowo trzymać się chociażby forów jako takiego "ostatniego bastionu tradycji", czy może powinniśmy stopniowo i z rozsądkiem rozszerzać działalność tam, gdzie faktycznie są ludzie to znaczy przykładowo na Discorda, a nawet TikToka?
BK: Szanuję Pana stanowisko, utrzymywanie aktywności to jedno, ale nie jest jedynym tego czynnikiem. Moja wypowiedź o aktywności to był skrót myślowy nie uwzględniający wszystkich przyczyn. Wracając do tematu, widzę wiele "martwych" Sarmatów. Wiele ludzi dołącza do Sarmacji, kilka dni popisze, i nagle znika bez przyczyny. Powodem, dla którego tak robią, może być chociażby życie prywatne, które potrafi niekiedy spłatać figle. Moim zdaniem rozszerzenie środków komunikacyjnych może być korzystne dla demografii Sarmacji. Jestem za takim wyjściem, choć konserwatywni weteranie mogą mnie za to skrytykować.
DR: Łatwo jest powiedzieć, że "rozszerzenie środków komunikacji byłoby korzystne", ale niestety znacznie trudniej to zrobić. No bo w zasadzie jak Pan, jako król-praktyk, sprzedałby jakąkolwiek mikronację komuś z zewnątrz? Czy uważa Pan, że jesteśmy w stanie zachować naszą mikronacyjną tożsamość, o której Pan tak ładnie pisał, w świecie szybkich treści?
BK: To fakt. Rozszerzenie sposobów komunikacji, nie naruszając tradycji sarmackich, nie jest łatwe. Jako eks-król Królestwa Mazowieckiego, nie doszedłem do momentu "sprzedawania" mikronacji, ale gdybym dziś piastował moje poprzednie stanowisko, publikowałbym treści zachęcające do dołączenia do mikronacji, przedstawiające plusy i wyjątkowe rzeczy, których nie ma w innych mikronacjach na platformach, na których jest dużo pasjonatów. Odpowiadając na Pana pytanie, uważam, że jesteśmy w stanie zachować naszą mikronacyjną tożsamość, kluczowe jest znalezienie złotego środka pomiędzy używaniem "nietradycyjnych" platform a korzystaniem z sarmackich środków komunikacji.
DR: No ale dlaczego w ogóle mielibyśmy jako cały mikroświat koncentrować się na promowaniu tylko i wyłącznie na promocji Sarmacji? Nie uważa Pan, że to sarmackie skupienie na sobie i to przekonanie, że sarmaci są pępkiem tego mikroświata jest właśnie częścią tej "mikronacyjnej zgnilizny"? Skoro szuka Pan "czegoś większego", to czy nie uważa Pan też, że powinniśmy promować mikronacjonalizm bardziej jako ideę, a nie domyślnie jakąkolwiek mikronację X, Y albo Z?
BK: Moje podejście jest "sarmackocentryczne", ponieważ jeszcze nie miałem okazji być częścią "czegoś większego" poza Sarmacją. Oczywiście to, co podałem wcześniej można również zastosować na innych mikronacjach. I nie, nie uważam, iż Sarmaci są "pępkiem mikroświata". W końcu istnieje wiele mikronacji, które nawet nie są nam znane publicznie. Jednocześnie zgadzam się z Pańskim stanowiskiem. Powinniśmy promować ideę mikronacjonalizmu, a nie wytykać mikronacji "X, Y albo Z", jak Pan wspomniał, bowiem dzięki temu ludzie będą mogli sami wybrać swoją mikronacyjną ścieżkę.
DR: Mówi Pan o promowaniu idei mikronacjonalizmu, żeby ludzie sami wybierali ścieżkę, ale przecież dobrze wiemy, jak to wygląda w praktyce. Nowy człowiek, który wejdzie na Discord czy forum, albo zostanie rzeczywiście, albo odbije się od ściany i zniknie z mikroświata na zawsze, co niestety jest zdecydowanie częstszym wyborem. Czy nie uważa Pan, że to właśnie ten nasz specyficzny, mikronacyjny sposób bycia, czyli tworzenie własnych inicjatyw, pisanie prawa czy nawet symboli narodowych jest dla dzisiejszego odbiorcy po prostu... nudne?
BK: Żyjemy w świecie treści dających natychmiastowy, ale krótkotrwały zastrzyk dopaminy. Dla człowieka, który polega tylko na TikToku i innych źródłach szybkiej dopaminy jako jedynych źródłach satysfakcji, rzeczy, które przeważnie robi się w Sarmacji i w innych mikronacjach, czyli wspomniane przez Pana "tworzenie własnych inicjatyw, pisanie prawa, tworzenie symboli narodowych" są zwyczajnie nudne. Na szczęście w naszym świecie zostały jeszcze resztki ludzi, którzy mają pasję, aktywnie ją rozwijają i wierzą w inne źródła satysfakcji. Dla takich ludzi mikronacje są ciekawe.
DR: Jest to piękna, niemal wręcz romantyczna wizja, że mikronacje są azylem dla tych, którzy nie dali się przemielić algorytmom TikToka i szukają "czegoś więcej". Czy nie uważa Pan, że to podejście jest też niesamowicie ryzykowne? Powiedział Pan przecież o "resztkach ludzi" z pasją, a to brzmi co najmniej jakbyśmy już byli gatunkiem na wyginięciu.
BK: Zgadzam się, że takich ludzi jest mało. Równocześnie nie mam nic przeciwko, by również ludzie z mniejszą pasją dołączali do wszelkich mikronacji, bo kto wie, może gdy dołączą, mikronacje staną się ich nową pasją.
DR: Statystyki demograficzne całego polskiego mikroświata lecą na łeb, na szyję, a my zamiast budować imperia coraz częściej zarządzamy po prostu ładnie udekorowaną pustką. Patrząc więc na te wszystkie gasnące wykresy... dlaczego Pan to właściwie robi? Ma Pan realne życie, jakąś pracę albo szkołę, obowiązki, namacalny świat za oknem, a jednak wybiera Pan poświęcanie czasu na bycie wirtualnym żołnierzem i politykiem w państwie, które de facto nie istnieje. Dlaczego?
BK: Jak wcześniej wspominałem, interesuję się polityką. To najbardziej napędza mnie do robienia rzeczy związanych z mikronacjonalizmem. Tworzyłem własne mikronacji z chęci "wyżycia się" na tej pasji, a również z braku innych zajęć. W Sarmacji też mogę napędzać swoją pasję, pisząc artykuły analizujące sytuację polityczną, ale nie mogę w taki sam sposób tego robić jak we własnych mikronacjach. Prócz tego, uważam, że tworzenie bądź bycie obywatelem "czegoś większego" jest rozwijającym zajęciem.
DR: Rozwijające zajęcie w świecie, który wielu spisało już na straty. Ciekawie było usłyszeć, że ta pańska polityczna pasja, która kiedyś kazała Panu budować własne królestwa, dziś pozwala Panu odnaleźć satysfakcję w byciu częścią naszej mikronacyjnej rodziny, mimo wszystkich jej zgrzytów o których rozmawialiśmy. Bardzo dziękuję Panu za tę rozmowę była to dla mnie dosyć odświeżająca dawka optymizmu, nawet jeśli została ona w pewnym sensie przefiltrowana przez mój sceptycyzm. Państwu, drodzy czytelnicy, dziękuję za uwagę i do zobaczenia w kolejnych wywiadach, o ile ktokolwiek będzie chciał ze mną rozmawiać. Kłaniam się nisko!
BK: Zaczęliśmy od tworzenia mikronacji, do tematu "kulturalnej krytyki", aż po wojsko. To była bardzo ciekawa rozmowa i również za nią Panu bardzo dziękuję!