Sytuacja wewnętrzna w Winkulii od dłuższego czasu budzi poważne obawy. Coraz częściej słychać głosy, że państwo znalazło się w stanie głębokiej stagnacji, a nawet powolnego rozpadu społecznego. Wiele osób, które przez lata budowały dorobek wspólnoty i angażowały się w jej rozwój, zaczyna dziś otwarcie mówić o zniechęceniu, zmęczeniu i utracie wiary w sens dalszej aktywności. To nie jest pojedynczy incydent ani chwilowa frustracja – coraz wyraźniej widać, że mamy do czynienia z problemem o charakterze systemowym.
Winkulijskie społeczeństwo, niegdyś stosunkowo aktywne i zdolne do mobilizacji, dziś wydaje się coraz bardziej rozproszone i zniechęcone. Kolejni zasłużeni obywatele ograniczają swoją działalność, odsuwają się od życia publicznego, a niektórzy całkowicie znikają z przestrzeni państwowej. Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której zaczyna brakować ludzi gotowych do podejmowania inicjatyw i podtrzymywania życia państwowego. Oczywiście samo odejście części obywateli nie musi jeszcze oznaczać katastrofy. Każdy ma własną wizję funkcjonowania państwa i naturalne jest, że nie wszyscy będą zgadzać się z kierunkiem obranym przez aktualne władze. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy skala zniechęcenia zaczyna być zauważalna i gdy dotyczy osób, które przez długi czas stanowiły fundament życia publicznego.
W takich momentach często przywołuje się stare powiedzenie: ryba psuje się od głowy. Niestety w przypadku obecnej sytuacji w Winkulii trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie z takim zjawiskiem mamy do czynienia. Okres panowania JKM Mikołaja III z pełną odpowiedzialnością można dziś określić jako co najmniej rozczarowujący. Coraz częściej pojawiają się głosy, że sprawy naszego państwa znalazły się na peryferiach zainteresowań monarchy, który zdecydowanie większą uwagę poświęca budowaniu własnej pozycji w II Federacji. Taka postawa w naturalny sposób pozostawia ogromną przestrzeń do działania rządowi, a przede wszystkim obecnemu premierowi. Trzeba przyznać, że z tej przestrzeni korzysta on bardzo intensywnie. Patrząc z perspektywy zewnętrznego obserwatora można wręcz odnieść wrażenie, że współpraca na linii Król–Premier funkcjonuje całkiem sprawnie. Problem polega jednak na tym, że efekty tej współpracy nie zawsze prowadzą państwo w dobrym kierunku. Ostatnie doniesienia o wyprowadzeniu znacznych sum ze Skarbu Państwa dobrze pokazują atmosferę panującą w państwie. Być może same w sobie nie są jeszcze dowodem poważnego nadużycia, jednak pozostawiają ogromny niesmak, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę wcześniejsze afery premiera dotyczące finansów państwowych. W praktyce wyglądało to tak, że dwóch najważniejszych ludzi w państwie – król i premier – bez większych konsultacji i bez informowania obywateli zdecydowało się na przesunięcie znacznych środków finansowych, tłumacząc to chęcią pomnażania zasobów państwa. Ktoś mógłby powiedzieć, że cel był słuszny. W pewnym sensie można się z tym zgodzić. Jednak polityki nie ocenia się w oderwaniu od kontekstu. Mając w pamięci wcześniejszą sytuację, która zakończyła się głośną rozprawą sądową i wyrokiem skazującym dla obecnego premiera w sprawach związanych z finansami państwa, trudno zrozumieć, dlaczego rząd i Korona decydują się na tak poważne ryzyko wizerunkowe. Pojawia się też pytanie jeszcze bardziej fundamentalne: co by było, gdyby te informacje nigdy nie ujrzały światła dziennego? Premier mówi dziś o rozdmuchaniu problemu i przesadnej reakcji opinii publicznej. Trudno jednak uznać go za osobę najbardziej wiarygodną w uspokajaniu podobnych spraw. Na dobrą sprawę niewiele brakowało, aby nikt nigdy nie dowiedział się o całej sytuacji.
Rosnąca nieufność wobec władzy jest kolejnym kamieniem dokładanym do już i tak przepełnionego ogródka problemów państwa. Nawet jeśli intencje były czyste, sposób działania pozostawił po sobie ogromny niesmak. Działania premiera von Trinitza są zresztą różnie oceniane. Ostatnie wybory pokazały, że nadal cieszy się on pewnym poparciem społecznym. Sam fakt ten wymaga jednak kilku słów komentarza, ponieważ przebieg ostatnich wyborów trudno uznać za powód do dumy. Postać Burka von Trinitza jest trudna do jednoznacznego zdefiniowania. Z jednej strony trudno odmówić mu wkładu w budowę państwa na wielu płaszczyznach. To między innymi ten dorobek był kiedyś jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na jego ułaskawienie. Z drugiej strony jest to polityk znany z wielu niezrozumiałych decyzji, które często prowadziły do napięć i konfliktów. Gdyby spróbować zebrać wszystkie kontrowersyjne decyzje personalne oraz polityczne podejmowane przez niego jako szefa rządu, z pewnością zabrakłoby czasu, aby je wszystkie szczegółowo omówić. Nie brakuje oczywiście zwolenników jego sposobu prowadzenia polityki, choć osobiście trudno mi to zrozumieć. W pamięci wielu osób pozostają choćby głośne afery międzynarodowe z udziałem naszego premiera, które narażały na szwank reputację państwa. Również sposób prowadzenia polityki wewnętrznej nie napawa optymizmem. Trudno zrozumieć, do czego ma prowadzić wizja państwa przedstawianego jako zrujnowane i wyniszczone. Premier mówi o demoralizacji i rozpadzie sił zbrojnych i krzyczy o sprzedaży wojskowego sprzętu, sam w nim uczestnicząc. Na podstawie samodzielnie nadanych sobie uprawnień postanowił przywłaszczyć do celów prywatnych wojskowy sprzęt. Trudno o bardziej jaskrawy przykład patologii w funkcjonowaniu państwa. Na te działania w zasadzie nie reaguje Król, którego zaniedbania w tej sferze sięgają bardzo daleko. Przede wszystkim należy pamiętać, że to właśnie monarcha jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Tymczasem doprowadzono do sytuacji, w której dochodzi do faktycznego rozkradania wojskowego wyposażenia, a Korona milcząco się temu przygląda. Równie niepokojąca jest postawa służb podległych ministrowi spraw wewnętrznych. Instytucje, które w teorii mają stać na straży bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego, w praktyce pozostają bierne wobec kolejnych nieprawidłowości.Ta bezczynność widoczna jest zresztą także w innych obszarach. Dotyczy to zarówno tragicznej sytuacji w niektórych regionach kraju, jak i rosnącej aktywności organizacji terrorystycznych działających w Państwie Islamskim Siyah. W obliczu takich zagrożeń brak reakcji ze strony władz państwowych staje się szczególnie niepokojącym sygnałem, świadczącym o głębokim kryzysie instytucjonalnym. Czy doczekaliśmy się krytyki ze strony Korony? Wręcz przeciwnie – podczas ostatnich wyborów Król sam włączył się w polityczny przekaz hasłem #mimowszystkoburek. Trudno dziś znaleźć w państwie osobę, która nadal uznawałaby monarchę za postać apolityczną.
Ostatnie wybory były zresztą osobnym rozdziałem tej historii. Nie ukrywam, że mimo odejścia od życia publicznego co jakiś czas zaglądałem na winkulijskie forum, odliczając dni do końca kadencji obecnej władzy. Być może zmiana u steru mogłaby stać się początkiem zatrzymania spirali absurdu, która w ostatnim czasie ogarnęła to państwo. Nie chodzi nawet o moje osobiste motywacje czy ewentualny powrót. Znacznie ważniejsze było pytanie, czy Winkulia dostanie choć minimalną szansę na polityczne otrzeźwienie. Tym większy niesmak wywołały ostateczne wyniki głosowania. W trakcie kampanii pojawiło się wiele działań, które trudno uznać za normalne standardy życia politycznego. Szczególnie kontrowersyjnie wyglądała sprawa pospiesznie nadawanych obywatelstw, które nagle zaczęły odgrywać istotną rolę w procesie wyborczym. Przy okazji tych wydarzeń swoje prawdziwe oblicze pokazał również monarcha. Z drugiej strony można zadać pytanie: czy ktokolwiek naprawdę spodziewał się innego scenariusza? Patrząc na to, co premier robi w państwie i jak konsekwentnie brakuje jakiejkolwiek reakcji ze strony monarchy, trudno było wierzyć, że te wybory cokolwiek zmienią. Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak w polityce II Federacji, także i tutaj władza została w praktyce całkowicie zabetonowana. Niezależnie od tego, jak katastrofalne byłyby skutki takich rządów, mechanizmy polityczne zdają się działać w taki sposób, aby utrzymać obecny układ sił. Szczerze mówiąc, trudno znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za poparciem kandydatury Burka von Trinitza. Jedynym wyjaśnieniem, które coraz częściej przychodzi do głowy, jest zwykłe, brutalne kolesiostwo.
W tym kontekście coraz częściej pojawia się zasadnicze pytanie o przyszłość Winkulii. Jak długo państwo jest w stanie funkcjonować w obecnym stanie? I czy jeszcze znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie zatrzymać postępujący kryzys zaufania i odbudować wiarę obywateli w sens wspólnego działania? Niestety perspektywy nie wyglądają obiecująco. Burek von Trinitz będzie nadal realizował swoją kontrowersyjną, trollerską politykę, pogłębiając niechęć pozostałych obywateli i destabilizując życie publiczne. Król pozostanie nie tyle bierny, co całkowicie obojętny wobec pogłębiającego się kryzysu, ignorując sygnały alarmowe i milcząco przyzwalając na kolejne patologie. W takich warunkach szansa na poprawę sytuacji wydaje się coraz bardziej odległa, a państwo, zamiast się jednoczyć, coraz wyraźniej dryfuje ku dalszemu chaosowi i bezsilności.